Kontakt z Geek Nerd

Powoli kończą mi się pomysły na leady do recenzji filmów, które są odświeżonymi wersjami klasycznych hitów sprzed lat. Bo w końcu ile można? Tym bardziej, że historia takich filmów raz za razem zatacza koło.

Konkluzja zwykle jest taka sama – twórcy wykorzystują znaną markę, aby zarobić na naszym sentymencie. Wiadomo, raz wychodzi lepiej, innym razem trochę gorzej. Jumanji plasuje się w „grupie centralnej” (czytaj: nie było źle, tylko w sumie po co?).

Gdzie ta miejska dżungla?

Zanim przejdę do podsumowania i marudzenia na nikomu niepotrzebne „rimejki”, remastery i inne odgrzewane kotlety… zacznę od początku. Twórcy Jumanji: Przygoda w dżungli postanowili przenieść akcję swojego filmu z „naszego” świata wprost do tytułowej gry. Ma to całkiem logiczne uzasadnienie – dzięki temu obraz z 2017 roku nie mierzy się bezpośrednio ze swoim kultowym poprzednikiem.

Gwoli przypomnienia – w oryginalnym Jumanji bohaterowie musieli zmierzyć się z dzikimi bestiami i innymi przeszkodami, które „planszówka” umieściła w ich otoczeniu. Twórcy remake’u zdradzili, że nad powrotem do klasyka myśleli już od dawna, jednak chcieli ukazać akcję właśnie wewnątrz świata Jumanji, ale nie było to możliwe chociażby z przyczyn technicznych. Trochę pokrętna logika, gdyż na pierwszy rzut oka trudniejsze wydaje się umieszczenie nosorożca biegnącego przez miasto i tratującego radiowozy (co udało się już w 1995 roku, kiedy efekty specjalne dopiero raczkowały) niż przemierzającego dżunglę…

Welcome to the Jungle

Zmieniła się nieco koncepcja Jumanji. Tym razem bohaterowie nie mierzą się z grą we własnych ciałach, tylko zostają przeniesieni do dżungli jako wybrane przez siebie awatary. Mają swoje mocne strony oraz słabości, a kluczem do sukcesu ma być współpraca całej drużyny. Myślę, że ideę zrozumie każdy – nie tylko fan elektronicznej rozrywki.

Jednak świat Jumanji jest najsłabszą stroną omawianej produkcji. Choć twórcy dwoili się i troili, aby urozmaicić nieco otoczenie, to niestety wciśnięcie do filmu egzotycznego bazaru czy wielkiego drewnianego hangaru niewiele pomogło. Pełną palm, paproci, lian i chaszczy dżunglę wszyscy znamy doskonale z setek innych produkcji. Zatem nie robi ona takiego wrażenia, jak najazd dzikich bestii na amerykańskie miasto (jak to miało miejsce ponad dwadzieścia lat temu).

Czworo to już kompania

Omówiłem już z grubsza CO i GDZIE się dzieje – myślę, że każdy zgodzi się, iż nie są to najbardziej udane elementy filmu Jake’a Kasdana. Jest jednak coś, co ratuje sytuację. W talii kart reżysera znalazły się cztery asy, które wykorzystał jak wytrawny pokerzysta. Mowa oczywiście o obsadzie, a konkretniej głównych bohaterach, w których wcielają się kolejno: Dwayne Johnson, Jack Black, Kevin Hart oraz Karen Gillan.

Biorąc pod uwagę, jakim „drewnem” jest popularny „The Rock”, jego pełna autoironii rola Spencera zalicza się do jednej z najlepszych w karierze (chociaż nadal dość ciężko użyć mi tutaj słowa „aktorstwo”). Mnóstwo ekranowego wdzięku i dystansu zafundowała nam Karen Gillan, której postać wymagała wykorzystania umiejętności fizycznych. Kevin Hart był… no cóż, po prostu sobą. Ale wygląda na to, że dowcipy na temat jego lichego wzrostu zwyczajnie nigdy się nie znudzą. Nawet mimo tego, że serwuje je widzom z prędkością karabinu maszynowego.

Kobietą być…

„Last but not least”: nie zapomniałem oczywiście o ostatnim bohaterze produkcji. Jest nim Jack Black, który brawurowo wcielił się w… zapatrzoną w siebie nastolatkę. Udało mu się nie tylko oddać emocje, jakie mogłyby targać dziewczyną w skórze grubego kolesia, ale także zaznaczyć ewolucję tej postaci, która dzięki tytułowej przygodzie w dżungli zaczyna dostrzegać innych ludzi.

Również NPC, czyli postacie drugoplanowe, można zaliczyć dozalet filmu Jake’a Kasdana. Wprawdzie Bobby Cannavale czy Rhys Darby zagrali co najwyżej poprawnie, za to jeden z braci Jonas (jeśli Wam to coś powie – Nick) wykreował zaskakująco barwnego bohatera. Całą aktorską plejadę różnych charakterów połączyła również niesamowita chemia – wiem, że brzmi to strasznie banalnie, ale autentycznie widać ją na ekranie.

Więcej niż film

Sięgając po Jumanji: Przygoda w dżungli w wydaniu blu-ray, otrzymujemy całkiem sympatyczny zestaw dodatków. Składa się nań przede wszystkim szereg materiałów typu „making of”. Na rozgrzewkę polecam zobaczyć reportaż z realizacji filmu oraz obowiązkową dawkę wpadek z planu. Dobrze jest też zapoznać się z dodatkiem zatytułowanym Poznaj graczy – jeśli nie wierzycie w to, co mówiłem o ekranowej chemii między aktorami, tutaj zostanie wam to pokazane w bardzo ciekawy sposób.

Najwięcej mieszanych uczuć wywołał u mnie reportaż z powstawania efektów specjalnych do nowego Jumanji. Oczywiście nie zaskoczyła mnie ilość CGI użytych podczas produkcji, ba! Twórcy zastosowali całkiem sporą ilość efektów wizualnych, czego czasem nawet nie widać na ekranie. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył ironii, kiedy opowiadając o stadzie nosorożców ścigającym lecący przez kanion śmigłowiec, raz za razem używali słowa „realizm”…

Jack Black in JUMANJI: WELCOME TO THE JUNGLE

Dziedzictwo dżungli

W osobnym materiale twórcy opowiadają o drodze, jaką pokonało Jumanji od książki, przez film z 1995 roku, aż po współczesną adaptację. Szczerze mówiąc, to całe wspominanie kultowej wersji z Robinem Williamsem jest dla Przygody w dżungli jak strzał w kolano. Perypetie Alana Parrisha nawet po ponad dwóch dekadach deklasują nowe Jumanji niemalże w każdej kategorii…

Oczywiście to miłe, że „odgrzewając kotleta” twórcy nie zapomnieli o odpowiednich przyprawach, ale zestawienie tych dwóch filmów może skończyć się naprawdę potworną zgagą. Sama Przygoda w dżungli zawiera jedynie kilka drobnych odniesień do oryginału, co chyba jest akurat lepszym rozwiązaniem, niż wskazywanie widzowi paluchem „zobacz, zobacz, pamiętamy!”. W każdym razie, po obejrzeniu Dziedzictwa Jumanji nabrałem jedynie ochoty na odświeżenie sobie klasyka.

Śpiewać każdy może

Ponieważ obraz Jake’a Kasdana kładzie bardzo silny nacisk na elementy komediowe nie mogło zabraknąć ich także w dodatkach. Wspomniane już wcześniej gagi z planu są zabawne, aczkolwiek ograniczają się głównie do zapomnianych kwestii lub rzucania mięsem w nieodpowiednich momentach. Na uwagę zasługuje natomiast klip muzyczny Jumanji, Jumanji, przygotowany przez Jacka Blacka i Nicka Jonasa. Oryginalnego Welcome to the Jungle na pewno nie pobije, ale wpada w ucho każdemu, kto zna nieco bliżej dotychczasowe „popisy” Blacka.

Skoro już przy warstwie audio jesteśmy – za muzykę do filmu odpowiada Henry Jackman, który wykonał kawał dobrej roboty przy soundtracku do gry Uncharted 4. Wspominam o tym, bo produkcja Naughty Dog jest utrzymana w bardzo podobnym klimacie co Jumanji. Henry pozwolił sobie zatem na mały „recykling”, ale chyba nie można mieć mu tego za złe.

Polacy nie gęsi…

Na deser pozostawiłem sobie kwestie językowe, związane z premierą nowego Jumanji. Wielu polskich widzów było oburzonych (słusznie zresztą) na dystrybutora, który zdecydował się wyświetlać film w kinach tylko w wersji z rodzimym dubbingiem. Nie wiem jak odbiło się to na wyniku finansowym produkcji, ale na całe szczęście płytka Blu-ray daje nam już możliwość wyboru wersji angielskiej z polskimi napisami. Wszystkie dodatki można obejrzeć jedynie w „języku królów”.

Z poczucia recenzenckiego obowiązku przyjrzałem się bliżej rodzimej liście dialogowej. Reżyser polskiej wersji po raz kolejny sięgnął po zestaw „sprawdzonych” głosów, a nie po aktorów, którzy chociaż minimalnie pasowaliby do dubbingowanych postaci… Najlepszą robotę wykonał Bartłomiej Kasprzykowski, który „w skórze” Jacka Blacka starał się chociaż oddać „dziewczęcy” styl mówienia Oberona/Bethany.

… swój dubbing mają

Niestety i on nie ustrzegł się drobnych potknięć – czasami jakby „wypadał” z roli i mówił „normalnym” głosem, przez co momentami miałem problemy z odróżnieniem go od Mateusza Narlocha, wcielającego się w Finbara/Fridge’a. Najbardziej żal mi natomiast Krzysztofa Banaszyka, którego wspaniały głos i kapitalne zdolności zwyczajnie się tutaj marnują. Obojętnie jak wielkiej językowej ekwilibrystyki by nie wykonał, nijak się ma do osoby Dwayne’a Johnsona.

Boli też fakt, że znając obie wersje językowe filmu widzimy, iż na potrzeby rodzimej adaptacji trzeba było zmienić sens wielu wypowiedzi. W tym także żartów i słownych gierek. Na przykład Kevin Hart i jego sposób mówienia nie są możliwe do podrobienia czy choćby naśladowania, oglądając więc wersję z polskim dubbingiem tracimy co najmniej połowę tej magii. A pozwolę sobie przypomnieć, że to właśnie aktorstwo jest najmocniejszą stroną recenzowanego filmu.

Niebieskie pudełeczko raz

Koniec końców Jumanji: Przygoda w dżungli jest kolejnym odgrzewanym kotletem, bez którego kinematografia spokojnie mogłaby się obejść. Jako film akcji czy przygodowy nie do końca daje radę, plasując się raczej w okolicach nijakiego Tomb Raidera z Alicią Vikander. Znacznie lepiej natomiast wygląda od „komediowej strony”, deklasując zupełnie Baywatch: Słoneczny Patrol czy Ghostbusters: Pogromcy duchów.

Udostępnij:

editor

Cześć! Jestem totalnym geekiem. Kocham popkulturę, kosmos i dinozaury. Staram się pisać dla Was właśnie na ten temat. Jeśli w którymś z tekstów znajdziecie coś nie fajnego – dajcie mi znać śmiało!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *