Kontakt z Geek Nerd

Gdy w 2015 roku usłyszałem o Jurassic World, spadłem z krzesła. Dosłownie. Trailer obejrzałem z dwadzieścia pięć razy. A po samym filmie byłem… wniebowzięty. Jak sprawdzi się jego kontynuacja?

Co może pójść nie tak?

Przed samym seansem napiszę, na co liczę w nowej części. Na pewno chciałbym, by kolejne dinozaury, które pojawiają się w serii, miały jak najwięcej czasu antenowego. Żeby się ładnie zaprezentowały, a nie były tylko tłem dla całej akcji. Powrót Dr. Malcolma jest ge-nial-nym posunięciem i mam nadzieję, że ta postać również rozwinie skrzydła. Duża ilość nawiązań do poprzednich filmów jest bardzo wskazana. Scena, gdy chłopcy trafili do starego centrum parku… W kinie na powrót stałem się dziesięcioletnim chłopcem i oglądałem ją z otwartą paszczą. Co do hybryd – jestem średnio nastawiony. Jednak mam nadzieję, że sprawią dużo kłopotów głównym bohaterom udowadniając, kto rządził na Ziemi przez 150 milionów lat. To tyle. Ruszam z niecierpliwością na seans!

Welcome to Jurassic World again

Rozsiadam się. Pełna wygoda, ręce luźno. I dylemat: siedzieć w czapce z Parkiem Jurajskim czy lepiej zdjąć? No dobra… zdejmę. Tylko trzymaj ją w łapach. Dobrze. Oddychaj, przecież nie masz dziesięciu lat. Zaczyna się film. Dobra… znów mam.

Fabułę zakreślę bardzo pobieżnie, by nie zepsuć wam przyjemności z oglądania. Niestety znana od pierwszej odsłony serii Island Nublar, gdzie powstał pierwotny Park Jurajski oraz Jurassic World, ulegnie zniszczeniu, a to za sprawą czynnego wulkanu. Istnieje grupa, która dąży do tego, by ocalić jak najwięcej zwierząt przed ponownym wyginięciem. Jednak nie mają poparcia, którego tak rozpaczliwie potrzebują. Odnajduje się jednak hojny człowiek, który nie będzie oszczędzać na niczym, by uratować dinozaury. Jak zwykle nic nie może być proste i okazuje się, że za wszystkim stoi coś większego. Całość fabuły nie jest jakaś odkrywcza, nie dokonano tu cudu scenariuszowego i nie wynaleziono koła na nowo. Jednak trzyma się ona kupy, ma kilka bardzo fajnych momentów i nie nudzi. Trzyma w napięciu do ostatniej minuty. I to jest piękne. God dammit!

Życie zawsze znajdzie jakiś sposób…

Pierwsze sceny są świetne, bo nawiązują do poprzednich odsłon. To mi się więc spodobało, że reżyser będzie wrzucał smaczki. Potem fabuła się rozkręca. Tempo jest utrzymane idealnie, w żaden sposób nie męcząc ani nie frustrując odbiorcy. Nie pędzi jak wściekły gallimimus, a zarazem nie wlecze się jak najedzony triceratops.  Nie mam pojęcia, kiedy zleciały te dwie godziny, bo film wciągnął mnie totalnie.

Chris Pratt i Bryce Dallas Howard wykonują kawał dobrej roboty. Postaci troszkę się zmieniły, jednak to wciąż ci sami bohaterowie, których poznaliśmy w poprzednim filmie. Owen, grany przez Chrisa, to ponownie jurajski Indiana Jones, z kolei Claire z typowej korpo–laseczki, którą interesują tylko wyniki i sprawne zarządzanie firmą, zmieniła się w idealistkę walczącą o ocalenie dinozaurów. Ich relacja dojrzała. Oczywiście można założyć, że jest między nimi coś wyjątkowego, jednak jest to ukazane bez nachalnego eksponowania relacji.

Jeśli o relacjach mowa – w ciekawy sposób poprowadzono wątek poświęcony Blue – velociraptorowi, którego wychował Owen. Żałuję tylko, że mamy do czynienia z jednym raptorem, a nie całym stadem. Zobaczymy, w jaki sposób dokładnie wyglądało szkolenie jednego z najbardziej inteligentnych stworzeń zaraz po człowieku oraz jak silna więź powstała między gadem a jego opiekunem.

Obawiałem się wprowadzenia nowych postaci, jednak Ken (grana przez Danielle Pineda) oraz Franklin (Justice Smith) są naprawdę ciekawe. I mam nadzieję, że zobaczę ich w kolejnej odsłonie. Dla mnie największą gwiazdą był oczywiście Jeff Goldblum, który ponownie wcielił się w Dr. Iana Malcolma. Początkowo myślałem, że dostanie większą rolę, jednak jest tyko narratorem, który otwiera i zamyka całą historię. I na wszystkie pteranodony, robi to po prostu genialnie. W jego wypowiedziach jest również smaczek dla fanów, jednak zostawię wam tę przyjemność, byście odkryli go sami. Oczywiście powrócił też najbardziej znany inżynier genetyczny, Dr Henry Wu (Bradley Darryl Wong), który gra jednego z antagonistów. Najsłabiej niestety wypada ten główny zły, czyli Mills (Rafe Spall). Standardowy, chciwy człowiek, który nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich decyzji. Jest impulsywny i zależy mu wyłącznie na zielonych dolarach. Albo euro. No, chodzi o pieniądze. Jednak nie zmienia to faktu, że jest najsłabszą postacią i nie zapada w pamięć. Na szczęście nie musiał.

No cześć malutka!
No cześć malutka!

W filmie znalazło się także miejsce na humor. I to nie taki, gdzie na każdym kroku postacie rzucają żarcikami, jednak odpowiednio stonowany. Czasem trudno było nie parsknąć śmiechem.

…a dinozaury sposób na zjadanie ludzi

A jak wypadają główne gwiazdy filmu? Nie ma innego słowa jak idealnie. Po prostu. To, co zrobili technicy, graficy i montażyści wprowadziło produkcję na kolejny poziom. Tak jak oryginalny Jurassic Park w 1993 roku pozamiatał i wzniósł kinematografię na kolejny szczebel, tak nowa odsłona Jurassic World podnosi tę poprzeczkę. Przyjrzyjcie się gadom w trakcie scen w strugach deszczu. Na ich skórę, krople wody i poruszające się mięśnie.

Plejada nowych dinozaurów jest świetna. Trudno było poświęcić każdemu odpowiednio dużo czasu, jednakże udało się to na tyle, że jestem zadowolony. Mój faworyt z opancerzoną głową ma po prostu genialne sceny. Zaskakujące, że główne gwiazdy poprzednich filmów zeszły trochę z planu i dały miejsce do popisów nowym bestyjkom. I to był mistrzowski ruch ze strony twórców, bo są świetne.

A co z indoraptorem? Tak jak na zwiastunach, jest idealną maszyną do zabijania i wygląda fenomenalnie. Kolorystyka, wydawane dźwięki oraz sposób poruszania się napawa grozą i widać, że nie mamy do czynienia ze zwierzęciem, ale raczej z potworem. I to stworzonym w celach militarnych. Prawdziwe monstrum, które jest nie tylko inteligentne, ale również bardzo brutalne. Dany mu czas na ekranie jest krótszy od jego białego poprzednika, jednakże w scenach, gdzie się pojawia, ciężko złapać oddech.

Na deser muzyka. Czy muszę w tej kwestii cokolwiek mówić? Kawałki są genialne, mistrzowskie, cudowne. W kilku scenach usłyszymy fragmenty utworów z poprzednich odsłon serii. Idealnie pasują do tych scen, a montażystom i muzykom za tym stojącym należy się medal. Gdy zobaczyłem portret założyciela firmy Ingen, a w tle usłyszałem ten kawałek z poprzednich filmów… znów byłem dzieciakiem. Jakbym dostał resetu systemu i mógł od nowa cieszyć się całą serią. Naprawdę reżyser w idealnych momentach zagrał na nostalgii.

Czy życie znalazło sposób?

Napisy końcowe. Wstaję. Trochę się trzęsę. Lecz tylko troszkę. Udało się… naprawdę się udało. Życie znalazło sposób, by nie schrzanić filmu z dinozaurami. To na pewno koniec? Muszę wyjść z kina? Chyba tak… powoli przesuwam się w kierunku wyjścia, a w tle lecą napisy i muzyka. Warto pamiętać, że seria Jurassic Park zawsze skupiała się na trzech elementach: – obłędnie ukazanych dinozaurach, akcji oraz poruszaniu kwestii związanych z inżynierią genetyczną, odpowiadając na pytanie o to, jak daleko możemy się posunąć w rozwoju nauki. I to wszystko tutaj jest. Cóż zatem powiedzieć mogę? Wyruszajcie do kina i obejrzycie ten film. Komar nie siada. Witajcie w Jurassic World!

Udostępnij:

editor

Cześć! Jestem totalnym geekiem. Kocham popkulturę, kosmos i dinozaury. Staram się pisać dla Was właśnie na ten temat. Jeśli w którymś z tekstów znajdziecie coś nie fajnego – dajcie mi znać śmiało!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *