Kontakt z Geek Nerd

Laptopy gamingowe już na dobre zadomowiły się w branży komputerowej i wątpliwe, aby zniknęły, nawet pomimo ostrej ofensywy ze strony nowej generacji konsol. Jednak czy nasz smoczek jest zakupem, który warto w ogóle rozważyć?

Gadzie bebechy

Zanim zaczniemy opisywać możliwości oraz osiągi naszego laptopa, warto się przyjrzeć, co MSI ukryło pod obudową. Procesor to Intel i7-10750H o bazowej częstotliwości procesora 2,60 GHz. Za kwestie graficzne odpowiada karta NVIDIA GeForce RTX 2060. Jest to bardzo growe połączenie, które sprawdza się znakomicie w produkcjach TripleA. W podstawowej wersji mamy 8 GB RAM-u (DDR4 2666 MHz), co zdecydowanie jest za małą ilością (Chrome zjada je na śniadanie), więc polecam dokupić kolejną porcję pamięci lub od razu szukać wersję 16-gigową.

Na dysku SSD zmieścimy 512 GB danych, co wystarczyło na zainstalowaniu 7 tytułów. Nie ukrywam jednak, że są to duże gry jak np. najnowsze Star Wars: Squadron, które zajmuje samo ponad 50 GB pamięci. Więc tu także od razu polecam zakup jednostki z większą pojemności.

Całą rozgrywkę obserwujemy na ekranie o przekątnej 17,3 cala, będącym w pełni matowy oraz o częstotliwości odświeżania na poziomie 144Hz. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć podświetlanej klawiatury, ale to standard w laptopach z tego przedziału cenowego. A co mogę powiedzieć o głośnikach? Cóż… działają, bo wybaczcie szanowni czytelnicy, ale żadne obietnice oraz cuda marketingowe nie przekonają mnie, że głośniki zamontowane w laptopie dorównują dobremu soundbarowi czy słuchawkom z wyższej półki. Dobra, koniec technicznych aspektów, zobaczmy, jak to maleństwo sprawdza się w praktyce.

Ruszamy w bój

Jako że z testami zbiegła się premiera Star Wars: Squadron i recenzja już jest na stronie dane mi było przetestować ten tytuł na tym sprzęcie. Śmiganie w galaktyce było płynne, gra uruchamiała się szybko i bez problemów. W żadnym momencie rozgrywki nie zdarzyło mi się, że miałem problemy z wydajnością. Ilość klatek na sekundę utrzymywała się w granicach 120-144 i nigdy nie spadały poniżej 100. Nawet w najbardziej efektownych momentach, laptop zachowywał maksymalną wydajność naturalnie na pełnych detalach. Smoczek gorzej sobie radził ze strategiami z serii Total War.

W Warhammerze II czy Troy przy większych bitwach definitywnie moc obliczeniowa nie wystarczała. Jednakże zwykle grałem w przedziale od 40 do 60 klatek na sekundę. Pomimo że w natłoku walki spadały one poniżej 23, wciąż mogłem w dość kontrolowany sposób podejmować decyzję na polu walki. Jednakże w przypadku tych gier nie dziwie się, że nawet GP75 miał problem, albowiem spora część innych sprzętów nie radzi sobie z natłokiem jednostek na ekranie.

Wróciłem także do Star Wars: Battlefront II (głównie za sprawą delikatnego rozczarowania tegoroczną produkcją w uniwersum Gwiezdnych Wojen). Pomimo bycia produkcją z 2017 roku na najwyższych ustawieniach graficznych bywa wymagająca nawet dla nowszych sprzętów. Na szczęście nie dla naszej gadziny, która twardo utrzymywała powyżej 80 FPS-ów na ekranie, nawet jeśli w okolicy mojej wirtualnej głowy przelatywały strzały z laserów, granaty czy inne niebezpieczne narzędzia do likwidacji. Rozgrywka była płynna, jednak wczytywanie samej gry zajmowało trochę czasu. Tutaj jednak winny jest sam tytuł, a nie podzespoły komputera.

Sprawdziłem także Iron Harvest i tutaj o dziwo zacząłem tracić klatki. Standardowo rozgrywałem rozgrywkę przy 53-65 FPS-ach, zdarzało się, że nagle zjeżdżało do wartości 37-45. Nie powiem mechy oraz rozpadające się budynki wyglądają nieźle, ale że aż tak…? A najdziwniejszą sytuację miałem z Jurassic Park Evolution. O ile sama produkcja działała płynnie (średnio 70 klatek na sekundę), tak kilkukrotnie… wylądowałem na pulpicie. Według komunikatu spowodowane to było jakimś błędem graficznym ze strony karty graficznej. To powodowało, że restart gry wymuszał na mnie ustawienie najniższych dostępnych opcji graficznych.

Jedynym mankamentem odpalania gier bardziej wymagających graficznie jest fakt, że dodatkowe wiatraki od chłodzenia zaczynają pracować jak oszalałe. Trzymając lapka na kolanach, od razu czułem, że temperatura sprzętu spada w zaledwie kilka minut od ich uruchomienia. Także wydajność jest jak najbardziej na plus, a w lecie świetnie się sprawdzi w trakcie upalnych dni. Serio chłodzenie działa tak dobrze, że musiałem odłożyć smoczka na biurko, bo dostawałem gęsiej skórki od ich pracy. Jednak dźwięk, jaki przy tym wydają, przypomina drona, który przelatuje nam ciągle nad głową. Można jednak wygodnie je wyłączyć za sprawą guzika po prawej stronie obudowy.

Genialnym rozwiązaniem jest MSI Dragon Center. Ten program producenta urządzenia pozwala na pełną kontrolę nad wydajnością naszej maszyny. Możemy dowolnie ustawiać, w jaki sposób pracuje i na jakiej wydajności. Pozwala on laptopowi wejść na maksymalne obroty (dosłownie) lub na pełną oszczędność energetyczną. I to za pomocą kilku kliknięć. Do tego mamy podgląd na zapełnienie naszego dysku oraz zużycia pamięci (która piszczy z bólu, pożerana przez Chrome w momencie pisania recenzji).

Prezentacja gadziny

Na koniec postanowiłem surowym okiem ocenić design MSI GP75 Leopard. I szczerze? Totalnie mnie nie przekonuje. Zanim zaczniecie rzucać toporami, dajcie mi skończyć akapit. Kilka lat temu widok laptopów od MSI powodował u mnie takie “łał laaaptop gamingooooowy”. Jednak obecnie te światełka, stylistka i podświetlane logo powoduje jedynie wzruszenie ramion. Totalnie nie chwyta mnie za serce taki wygląd sprzętów od tajwańskiego producenta. Podobnie zresztą jak wykonanie obudowy ze śliskiego materiału z dziwnymi wzrokami na nim. Nie jest złe, ale kojarzy mi się z tandetą (przepraszam wszystkich urażonych). Wolę bardziej stonowane i zdecydowanie mniej kolorowe komputery. Cholera… to chyba znak, że jednak się starzeje.

Naturalnie, jeśli chodzi o jakość wykonania, to ciężko się do czegoś przyczepić. To, co mi się wydaje, nie jest tym, czym jest. Jednakże nie testowałbym wytrzymałości z użyciem młotka, kamieni lub młodszego rodzeństwa. To może się źle skończyć.

Przygarnij smoczka?

Laptop w testowanej konfiguracji zaskoczył mnie niezwykle pozytywnie. Jedyną wadą jest moim zdaniem mała ilość RAM-u na pokładzie, albowiem co chwilę system atakował mnie powiadomieniem, że przeglądarka Chrome pożera w ciągu kilku minut korzystania. Jednakże to infantylny problem, który można załatwić albo w trakcie zakupu (zwykle sklepy oferują montaż dodatkowej pamięci) albo samemu w trakcie korzystania.

Tak naprawdę jedyną opcją do zastanowienia jest design sprzętu oraz fakt, że gdy chłodzenie pracuje, wydaje nam się, że laptop zaraz wyfrunie za okno. Dla mnie jako użytkownika nie było to uciążliwe (zwykle gram w słuchawkach), jednak domownicy mogą nie być tak pobłażliwi dla stacjonarnego “drona”. W momencie pisania tekstu cena konfiguracji, którą dane było mi było testować, oscylowała w granicach od 7000 do 9000 złotych (w zależności od pojemności dysku czy ilości pamięci RAM).

Czy się opłaca? To już pozostawiam wam do oceny szanowni czytelnicy, albowiem kwestia gamingu na laptopie a na komputerze stacjonarnym nie została rozwiązana nawet przez najstarszych graczy. Naturalne jest, że “piecyk” o podobnej konfiguracji będzie tańszy, jednak laptop jest dużo bardziej mobilny i grać możemy wszędzie tam, gdzie jest prąd. To mnie przemówiła sytuacja, gdy spędziłem w pociągu 5 godzin, radośnie grając w Jurassic World Evolution. To była najprzyjemniejsza podróż polską koleją, jaką zaliczyłem w życiu.

Ja na pewno jestem zadowolony z możliwości MSI GP75 Leopard. Jeśli zdecydujecie się na zakup, wy także będziecie.


Ocena: 8/10

Udostępnij:

editor

Cześć! Jestem totalnym geekiem. Kocham popkulturę, kosmos i dinozaury. Staram się pisać dla Was właśnie na ten temat. Jeśli w którymś z tekstów znajdziecie coś nie fajnego – dajcie mi znać śmiało!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *